Jak zwalczyć pandemię jednym kliknięciem – opowiadają Rosjanie z Chin
Jak zwalczyć pandemię jednym kliknięciem – opowiadają Rosjanie z Chin Jak zwalczyć pandemię jednym kliknięciem – opowiadają Rosjanie z Chin

„Stało się to dosłownie w dwa dni. Chińczycy całkowicie zablokowali miasto. Nie przeszkadza im, że Wielki Brat patrzy. Ci ludzie z osobna słyną z niechlujstwa, ale w grupie wykazują niesamowitą dyscyplinę" – mówi jeden z rosyjskich pracowników na co dzień mieszkający w Państwie Środka.

Podczas gdy obecnie w Europie i na całym świecie druga fala koronawirusa trzyma ludzi pod jarzmem nowych obostrzeń, Chiny, od których wszystko się zaczęło, mają się dobrze i oddychają swobodnie. Epidemia została tam stłumiona wiosną, a dziś według oficjalnych danych zarejestrowano tylko kilkadziesiąt przypadków, w dodatku importowanych. Infekcji wewnętrznych jest praktycznie zero lub kilka przypadków.

Rosjanie mieszkający w ChRL opowiadają, jakim kosztem Chińczycy powstrzymali wirusa porównując zarówno ich zakazy, jak i samą służbę medyczną.

Wielki Brat patrzy i rządzi

Zaledwie kilka dni temu media obiegły dość przerażające nagrania z lotniska Pudong w Szanghaju. U 7 pracowników wykryto zakażenie Sars-CoV-2, po czym budynek zamknięto, loty odwołano, a wszystkich pracowników terminalu cargo - ponad 17 tysięcy osób - skierowano do pilnych testów.

Zdjęcia i filmy krążące w chińskich mediach społecznościowych pokazują setki ludzi stłoczonych blisko siebie w oczekiwaniu na testy - co jest przeciwieństwem dystansu społecznego.

Po wykryciu w sobotę 2 lokalnych przypadków Covid-19 w Mandżurii wstrzymano pracę lotniska i ruch pociągów. Władze zarządziły przebadanie 300 tysięcy mieszkańców. Zamknięto szkoły, przedszkola i inne placówki edukacyjne, a osiedle, na którym mieszkają zakażeni, poddano kwarantannie.

Masowe testy przesiewowe prowadzone są również w jednej z dzielnic Tiencinu, gdzie wykryto w ostatnich dniach łącznie 10 nowych infekcji lokalnych. W kilka dni przebadano ponad 2,2 mln mieszkańców dzielnicy Binhai – przekazały miejscowe władze.

Chiński sposób jest prosty niczym budowa cepa. Polega na twardych nakazach wprowadzanych bez konsultacji i „bez gadania”. Chińczycy ufają swoim władzom i robią to, co one każą, chociaż równie właściwym określeniem byłoby nie zaufanie, a strach i brak możliwości wyboru.

Państwo kontroluje w całości życie obywateli. Co ciekawe, Rosjanie, którzy u siebie protestują przeciwko tak drastycznym zakazom ze strony własnych władz, w Chinach wydają się przestrzegać zaleceń i „tłumaczyć” metody tłumienia epidemii.

Andriej Chyżniak z Błagowieszczeńska, który pracuje w Yongkang (300 km od Szanghaju i 700 km od Wuhan), mówi, że w lutym było bardzo ciężko. „Widzisz te bloki? Między nimi wszystkie przejścia były zamknięte, bo tam umieszczono punkty kontrolne otoczone wysokimi płotami. Wszędzie sprawdzano temperaturę, rejestrowali każdy twój krok i nigdzie nie pozwalali nikomu chodzić. W 2 dni całkowicie zablokowali całe miasto” - powiedział agencji Amur.Life.

„Można było przemieszczać się tylko na terenie własnego osiedla, a do sklepu chodziło się co 3 dni ze specjalną przepustką. Dostawy jedzenia na wynos, co jest tu bardzo popularne, zostały wstrzymane. Sklepy były również ściśle kontrolowane. Kupowałem wielkie torby żarcia na cały tydzień. Potem zorganizowali roboty z wyświetlaczami LCD, które dostarczały zakupy. Nigdzie nie można było płacić gotówką” - mówi.

Jednocześnie, według Andrieja, nie było żadnej pomocy finansowej od państwa dla nikogo - ani lokalnych mieszkańców, ani obcokrajowców: „Nikomu nie dawali pieniędzy, ale mogliśmy nie płacić podatków przez co najmniej miesiąc”.

Władza wie wszystko

Chiny wprowadziły całkowity nadzór zdrowia za pomocą kodów QR w aplikacji płatniczej, którą ma każdy mieszkaniec i obcokrajowiec pracujący w kraju. W pierwszej fazie epidemii ten kod był sprawdzany na każdym kroku, ale teraz kontrolują mieszkańców tylko na dworcach, lotniskach, w szpitalach, na policji i w urzędach - tam, gdzie są tłumy ludzi i strefa podwyższonego ryzyka.

Wsiewołod, pochodzący z Jekaterynburga, od kilku lat mieszkający w Kantonie, pokazał, jak wygląda „zielony kod” w smartfonie.

„Chińczykom nie przeszkadza to, że obserwuje ich Wielki Brat” - mówi Andriej z Yongkan. – „Razem są niewiarygodnie zdyscyplinowani. Byli dumni, że zwalczyli koronawirusa tak sprawnie. Cały czas się dziwią, czemu w innych krajach nie robi się całkowitego lockdownu, nie stosuje kodów QR i nie monitoruje każdego człowieka. Chińskie władze naprawdę ściśle pilnują populacji. Sam też to odczułem: w momencie, gdy można było wyjść z domu, policja zadzwoniła do mnie, kazała przyjść i się zarejestrować. Czyli wiedzieli, gdzie jestem i że mieszkam pod takim, a takim adresem”.

Zakaz za jednym kliknięciem

Sądząc po opowieściach Rosjan, Chińczyków nie interesują niedogodności wobec tych, którzy przyjeżdżają do ich kraju z zagranicy - troszczą się tylko o własne bezpieczeństwo. To dlatego wprowadzają zakazy dosłownie jednym kliknięciem, a niekiedy ich prawo zdaje się działać wstecz.

Denis Trebuński, który pracuje jako nauczyciel w ChRL, podał przykład na swoim kanale YouTube.

Chłopak opisuje, że w listopadzie Chiny najpierw zaostrzyły zasady wjazdu, a po kilku dniach, ze względu na ryzyko importu wirusa, po prostu zakazały wjazdu z krajów epidemicznie niekorzystnych, w tym z Rosji. Ważność już wydanych wiz została zawieszona bez względu na okoliczności (praca, zezwolenie na pobyt, itp.). Zostało to zrobione bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, z mocą wsteczną, i opublikowane na stronach internetowych konsulatu.

„Teraz wszystko jest w porządku, miejscowi nie boją się powrotu wirusa, wszyscy spacerują, pracują, podróżują. Latem otworzono wszystkie kina. Nie ma żadnego dystansu społecznego. Całe życie toczy się tak, jak przed pandemią” - mówi Andriej.

Twierdzi, że maski są noszone, aby chronić ludzi przed smogiem, a nie przed wirusami. Maseczki należy nosić w niektórych instytucjach, a także na policji, czy w szpitalu, gdzie nadal mierzą temperaturę.

Wsiewołod z Kantonu również nie uważa środków podjętych przez władze chińskie za przesadne. „Zrobiliśmy wszystko zgodnie z planem i w ciągu trzech miesięcy przywróciliśmy kraj do normalnego życia. Tutaj ludzie ufają reżimowi, ponieważ widzą tylko pozytywne rezultaty. Naprawdę nie czuję, że żyję w totalitaryzmie. W rzeczywistości jest to obecnie najbezpieczniejszy kraj” – dodaje naiwnie Rosjanin.

Medycyna chińska: hardkorowa nowoczesność

Rosjanie w Chinach są zszokowani kontrastem między nowoczesną medycyną, a lokalnym do niej podejściem. Max Kolgin, który kilka lat temu przeniósł się do Chin i prowadzi swój blog o życiu w Azji na Yandex, podzielił się wrażeniami z wizyty w zwykłym chińskim szpitalu:

„W Rosji jestem przyzwyczajony do szpitali, które zbudowano w czasach ZSRR - popękane ściany, dużo kolejek, dezorganizacja, biurokracja. Tutaj wszystko jest inne. Marmurowe podłogi, panoramiczne okna. Lekarz w gabinecie ma najnowocześniejszy sprzęt. Wszystko odbywa się za pomocą jednej plastikowej karty. A analizy badań to generalnie technologia przyszłości. Nie czekasz dłużej niż 15 minut. Wkładasz plastikową kartę i w kilka sekund drukujesz badania. Żadnych kolejek i chaosu - wszystko zautomatyzowane”.

„Czasem dopadają mnie myśli, co jest z nami nie tak, że w naszym kraju ludzie muszą czekać w kolejkach kilka miesięcy, siedzieć na korytarzu po kilka godzin i jeszcze spotykać się z lekceważącym podejściem” - podsumowuje.

Z kolei Andriej dodaje, że nie zawsze wszystko było tak pięknie. Jeszcze rok temu szpital miejski, do którego się zgłosił, miał obdrapane ściany, chamski personel i wyglądał jak z bloku sowieckiego. Ale teraz wszystko się zmieniło: „Pełna automatyzacja, dzięki wprowadzeniu kart. Wygląda jak nowoczesna prywatna klinika w Rosji, ale przecież to zwykły szpital w małym mieście w Chinach”.

Szpital miejski rok wcześniej

Szpital obecnie

Ceny są również przystępne. Wizyta u dentysty kosztuje w przeliczeniu 105 rubli (5 złotych). Za wyleczenie pięciu zębów Andriej zapłacił 9600 rubli (475 złotych). Kwota obejmowała RTG, znieczulenie, wypełnienia oraz prawie całkowitą odbudowę zęba. Wspomina, że ​​w Rosji za 10 tysięcy rubli miał zrobiony tylko 1 ząb plus „przedpotopowe” prześwietlenie.

„Jakość medycyny w Chinach jest w zasadzie na najwyższym poziomie. Lekarze nie są zainteresowani żadnymi dodatkowymi fuchami, jak w Rosji. W ogóle w szpitalach nie ma tradycyjnej medycyny chińskiej ze sproszkowanymi konikami morskimi. Wszystko jest super nowoczesne, lśni czystością i nowością. Dałbym 5 punktów na 5” - ocenił chińską medycynę gość z Błagowieszczeńska.

Jego przyjaciel Jewgienij był z kolei zdumiony poziomem usług w innym szpitalu w małym miasteczku, gdzie na ścianie widniał cyfrowy grafik ze zdjęciem lekarza i nazwiskiem wzywanego pacjenta.

Jak zauważają Rosjanie, w Chinach prawie wszyscy lekarze w zwykłych klinikach i szpitalach, mówią po angielsku i bez problemu porozumiewają się z obcokrajowcami.

Jewgienij oddaje krew

Ale pośród tego całego postępu, istnieje odwieczna wada chińskiego społeczeństwa - całkowity brak prywatności w komunikacji z lekarzem.

„Poufność to słowo, którego chińscy lekarze nie znają. Do pokoju trafia się przez szeroko otwarte drzwi. Wewnątrz jest jeszcze 7 pacjentów i wszyscy mówią o swoich problemach, niezależnie od tego, czy ich ktoś słyszy, czy nie. Nawet jeśli przyjdziesz z jakimś intymnym problemem, nie ma to znaczenia. Wszyscy wysłuchają tego, co mówisz i nikomu oprócz ciebie, nie będzie to przeszkadzać” – mówi Jewgienij.

Wspomina o tym także Rosjanka Natalia, współautorka vloga Denis & Natalia T w Chinach. Opowiada jak trafiła do chińskiego laryngologa:

„Nowoczesny szpital. Wchodzę do środka, wszystkie drzwi otwarte. Ludzie stoją w kolejce, ale nie przed drzwiami gabinetu, ale dosłownie wchodzą na lekarza. Jakiś hardkor. Siedzisz, lekarz cię bada, a za twoimi plecami świdruje cię wzrokiem jakiś ciekawski Chińczyk. To bardzo dziwne i niekomfortowe”.

Koszt leczenia zapalenia zatok Natalii nie był wysoki: „Na wszystko – dwie wizyty u laryngologa, tomografia i leki – wydałam około 5 tysięcy rubli (245 złotych). Nie sądzę, żeby to było drogo. W Rosji wydałabym więcej”.

źródło: [1]

0.12121105194092