Najsłynniejsza niewyjaśniona tragedia w Tatrach: Dlaczego w 1925 roku zginęły trzy osoby w Dolinie Jaworowej?
Najsłynniejsza niewyjaśniona tragedia w Tatrach: Dlaczego w 1925 roku zginęły trzy osoby w Dolinie Jaworowej? Najsłynniejsza niewyjaśniona tragedia w Tatrach: Dlaczego w 1925 roku zginęły trzy osoby w Dolinie Jaworowej?

W całym kraju o tym mówiono. Od morza do samiuśkich Tater, gdzie 7 sierpnia 1925 roku wydarzyła się tajemnicza historia, która do dziś nie została wyjaśniona. Nagłówek "Ilustrowanego Kuryera Codziennego" krzyczał na pierwszej stronie: "Trzy nowe ofiary Tatr". Inne gazety z międzywojnia przekonywały, że musiało dojść do zbrodni. Sprawę komentował w swych listach do żony nawet Witkacy.

Było ich czworo. Warszawski prokurator Sądu Najwyższego Kazimierz Kasznica (46 lat) z żoną Walerią (38 lat), 12-letnim synem Wacławem i młodym, ale doświadczonym taternikiem Ryszardem Wasserbergerem (21 lat), schodzili z Lodowej Przełęczy w stronę Doliny Jaworowej. Kobieta doprowadziła postawnego przewodnika i swego syna pod głaz, który ochronił ich od silnego wiatru. Rosły taternik ledwo trzymał się na nogach. Kasznicowa podała mu trochę koniaku, synowi kawałek czekolady, po czym wróciła po męża.

Prokurator leżał wychłodzony, półprzytomny na ścieżce. Nie było już z nim kontaktu. Żona wlała mu do ust nieco koniaku i wróciła do konającego syna. Bezradnie patrzyła jak umiera przewodnik. Tego dnia nie uratowała nikogo. Trzech zdrowych ludzi zmarło w do dziś nie wyjaśnionych okolicznościach schodząc w środku lata z głównej grani Tatr.

Był 3 sierpnia. Raporty meteorologiczne wskazują, że to był najzimniejszy dzień lata 1925 roku. Samotna kobieta czuwała przy zwłokach syna, męża i przewodnika przez kolejne 37 godzin. Miała ze sobą maszynkę spirytusową oraz koc znaleziony w jednym z plecaków, dzięki czemu jej organizm nie wychłodził się. Tatry nie były wówczas tak oblegane jak obecnie, więc po dwóch dniach czekania na jakąkolwiek pomoc postanowiła zejść do doliny. Natknęła się tam na naczelnika TOPR-u, Mariusza Zaruskiego, który zorganizował ekspedycję pogotowia ratunkowego w celu odnalezienia i przewiezienia zwłok.

Od tego czasu minęło 95 lat, a śmierć dwóch Kaszniców i młodego przewodnika, Ryszarda Wasserbergera, wciąż budzi gęsią skórkę z powodu domysłów.

Kazimierz Kasznica pojechał w Tatry na rodzinne wakacje. 3 sierpnia rano znajdowali się w Téryho chacie, najwyżej położonym schronisku tatrzańskim czynnym cały rok.

W Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, w słowackiej części Tatr, razem z nimi do wyjścia w góry przygotowywała się grupa czterech utalentowanych taterników - Jan Szczepański, jego brat Alfred, Stanisław Zaremba i Ryszard Wasserberger, opisany przez Wawrzyńca Żuławskiego w książce "Tragedie Tatrzańskie" jako "nieprzeciętna indywidualność" zarówno pod względem zdolności wspinaczkowych, jak i charakteru.

"Wybitny młodzieżowy działacz socjalistyczny, mimo młodego wieku budził szacunek dla swych zalet umysłu i charakteru nie tylko wśród przyjaciół, ale nawet wśród najzaciętszych przeciwników" - pisał Żuławski. "Tatry, które poznał niedługo przed rokiem 1925, stały się jego prawdziwą namiętnością życiową. Pokochał je z pasją człowieka czynu i subtelną wrażliwością intelektualisty".

Warszawski prokurator nieobyty w Tatrach widząc tak fachową ekipę górską postanowił zasięgnąć u niej języka. Młodzi ludzie pomimo silnego deszczu i wiatru, który na graniach mógł dochodzić do 100 km/h, postanowili wracać przez słowackie Sedielko – najwyżej położoną przełęcz w Tatrach, przez którą przechodzi szlak turystyczny.

Szlak ze schroniska Téryego położonego na wysokości 2015 m n.p.m. przez Lodową Przełęcz (2372 m n.p.m.) jest w przewodnikach określany jako trudny i wymagający kondycyjnie. Odległość pomiędzy tymi dwoma punktami wynosi 1,87 km. Może wydawać się mała, ale przez te niecałe dwa kilometry trzeba pokonać różnicę ponad 300 m w pionie, w dodatku wśród osuwających się kamieni, w nieprzyjaznych warunkach i przy bardzo słabej widoczności. Poziomice na mapie zagęszczają się tak bardzo, że ciężko jest je oddzielić. Czas przejścia szacuje się na mniej więcej półtorej godziny.

Po drugiej stronie przełęczy szlak opada zdecydowanie łagodniej w stronę Jaworzyny Tatrzańskiej, wsi znajdującej się u wylotu siedmiokilometrowej Doliny Jaworowej. Czas przejścia, zgodnie z mapą, powinien wynosić niecałe pięć godzin. Ta trasa w dobrych warunkach pogodowych nie nastręcza większych trudności, w dodatku jest niezwykle malowniczo położona, a latem mieni się od barw bogatej tu flory.

Ale przy takiej wilgotności, z deszczem, który wkrótce zmienił się w mokry śnieg, dla Kaszniców ta wyprawa jawiła się jak droga przez mękę. Z kolei dla grupy Wasserbergera, jak pisze Żuławski, "przebycie Lodowej Przełęczy choćby w najgorszych warunkach atmosferycznych nie stanowiło żadnego problemu - było po prostu najkrótszą drogą powrotu do Zakopanego". Dlatego też młodzi przewodnicy postanowili pomóc niedoświadczonym turystom w przejściu najwyższej przełęczy. Z wielką ochotą przystał na to szczególnie uczynny Wasserberger, zawsze gotowy do opiekowania się słabszymi.

Około godziny wpół do dwunastej obie grupy wyruszyły ze schroniska. Dość szybko pojawiły się pierwsze trudności podczas tej feralnej w skutkach eskorty. Słaby kondycyjnie prokurator był dodatkowo krótkowidzem i szedł coraz wolniej, bo marznący deszcz zalewał mu okulary. Poirytowani bracia Szczepańscy i Zaręba postanowili się odłączyć od grupy.

Początkowo taternicy planowali losować, kto zostanie z Kasznicami, ale Wasserberger uznał, że to on jest odpowiedzialny za rodzinę i przeprowadzi ich trasą "do końca". Rozdzielili się u stóp Sedielka, na wysokości Lodowego Stawku (2158 m n.p.m.). Młodzieńcy złamali w ten sposób niepisaną zasadę turystyki górskiej, która mówi, że wycieczkę kończymy w tym samym składzie, w jakim ją rozpoczęliśmy, a jeśli nie, to przynajmniej nie tracimy towarzyszy z zasięgu wzroku.

Chociaż początkowo uważano, że Ryszard został z Kasznicami wyłącznie ze szlachetnych pobudek, to później pojawiły się przypuszczenia, że mógł on być w gorszej kondycji tego dnia i dlatego postanowił iść wolniej. Niezależnie od powodów, już wtedy cała grupa powinna zawrócić do Terinki. Żółwie tempo, brak umiejętności, fatalna pogoda, temperatura 0-2 stopnie Celsjusza i świadomość, że nawet nie są w połowie drogi, były wystarczającym uzasadnieniem. Nie wspominając o tym, że pod ich opieką był nieletni Wacio, jak później będzie można przeczytać na grobie, który współdzieli z ojcem.

A najgorsze załamanie pogody dopiero miało nadejść – na samej przełęczy, na której według relacji Kasznicowej stanęli około godziny 15.30.

"Gdy osiągnęli przełęcz, uderzył ich w twarze grad i potężny wicher o huraganowym niemal nasileniu" - pisze Żuławski. "Wasserberger nawoływał do pośpiechu, słusznie rozumując, że niżej wiatr będzie słabszy. W trakcie zejścia młody Kasznica począł się skarżyć, iż traci oddech. Matka wzięła od chłopca plecak, a Wasserberger pomagał mu iść. Tak doszli około godziny czwartej w pobliże Żabiego Stawu Jaworowego". Tam zaczęli umierać. 

Na wysokości 1886 metrów syn Kasznicy, a później ojciec i Wasserberger przerwali podróż, tłumacząc się nagłym brakiem sił.

"Jestem bardzo zmęczony... Dalej iść nie mogę..." - powiedział prokurator i osunął się na ziemię. Pierwszym odruchem Kasznicowej było zwrócić się o pomoc do Wasserbergera, jako najsilniejszego i najbardziej doświadczonego w zespole. I wówczas usłyszała przerażającą wprost odpowiedź: "Czuję się także bardzo słaby…".

"Prokurator na chwilę odzyskał przytomność i zapytał: a gdzie Wacek?, poczem zamknął oczy i skonał" - relacjonuje dziennik "Czas" z 9 sierpnia 1925 roku. "Pani Kasznicowa wróciła do syna, lecz zastała już zimne jego zwłoki". Wasserberger miał na chwilę jeszcze wstać i przejść kilka kroków w dół - jednak upadł kalecząc się w rękę i głowę. Po chwili zmarł majacząc i wzywając swą matkę. Jak wynika z sekcji zwłok, podczas upadku złamał rękę.

Tragedia szybko stała się jednym z głównych tematów w prasie i na mieście. Co tak naprawdę zabiło trzy osoby w tak różnym wieku? Jak to możliwe, że zmarł młody, silny i zaprawiony w boju taternik, a przeżyła Waleria Kasznica?

Wkrótce pojawiły się naukowe i spiskowe teorie. Jedną z nich było otrucie członków wyprawy koniakiem podanym przez Kasznicową (która jako jedyna alkoholu nie piła, chociaż podobno podczas oczekiwania przy zwłokach wzięła kilka łyków dla rozgrzania), inną - trąba powietrzna bądź zjawisko pogodowe - próżnia powietrzna, która "udusiła" mężczyzn. Żadna z nich się jednak nie sprawdziła, a podczas śledztwa wykazano, że zmarli nie zostali otruci. 

Jedna z bardziej popularnych teorii pochodzi od taternika Romana Kordysa, który był zdania, iż trudna pogoda doprowadziła do wycieńczenia organizmów członków wycieczki, a podany w tym stanie alkohol, nawet w niewielkiej ilości, mógł zadziałać jak trucizna. Jednak mężczyźni zaczęli umierać jeszcze zanim kobieta podała im koniak.

Chyba najwięcej ujawniła sekcja zwłok przeprowadzona przez doktora Ciećkiewicza. Okazało się, że żaden ze zmarłych nie był okazem zdrowia. Syn Kasznicy miał zwapniałe ogniska gruźlicze w płucach, powiększone migdały z czopami ropy i powiększone serce; prokurator miał m.in. kamicę żółciową i zrosty koło woreczka żółciowego, zwyrodnienie włókniste opon mózgowych i początkową miażdżycę; zarówno on, jak i Wasserberger mieli "skórę praczek" na rękach i stopach, rozszerzony lewy przedsionek serca i kilka nietypowych otarć naskórka na ciele. 

Co ciekawe, 3 sierpnia 1925 roku był w ogóle fatalnym dniem na górską wyprawę. W ten koszmarny poniedziałek na Babiej Górze zmarło dwóch górali w wieku 38 i 14 lat. U nich również, jak zaznacza Ciećkiewicz, stwierdzono objawy spowodowane wyczerpaniem. Wszystkie te zgony, zdaniem lekarza, to przypadki "choroby górskiej", objawiającej się wyczerpaniem mięśni, osłabieniem odruchów i zawrotami głowy, a skutkującej śmiercią. "Tym objawom cielesnym towarzyszą stale objawy psychiczne w postaci mniej lub więcej zupełnej obojętności na swój zagrożony los. Chorzy nie są w stanie zdobyć się na najmniejszy wysiłek woli, aby się ratować".

Przez 90 lat jedną z podejrzanych była żona prokuratora, ale obecnie uważa się, że była ona czwartą ofiarą tamtych wydarzeń. Kobieta po wypadku nie podniosła się psychicznie. Zmarła 7 lat później, dzień po rocznicy tragedii. Jej siennik przeszukiwany przez rodzinę był pełen oskarżających ją wycinków z prasy. Głównym źródłem tych wieloletnich insynuacji był „L. Sz-i”, pod którym ukrywał się Ludwik Szczepański – ojciec Jana i Alfreda – braci, którzy zostawili wraz z Zarembą Wasserbergera i rodzinę Kaszniców, jak się okazało, na pewną, choć tajemniczą śmierć.

źródło: [1][2][3][4][5][6]

0.14873719215393