Grube bale i wiksy z XVIII wieku: Jak naprawdę wyglądały i pachniały?
Grube bale i wiksy z XVIII wieku: Jak naprawdę wyglądały i pachniały? Grube bale i wiksy z XVIII wieku: Jak naprawdę wyglądały i pachniały?

Chcemy myśleć o dawnych balach w sposób wzniosły – szczególnie tuż przed weekendem. Nasze wszystkie skojarzenia pochodzą z kostiumowych filmów lub romantycznych powieści. W rzeczywistości nie wszystko wyglądało tak pięknie. Gdyby na taki bal trafiła szafiarka Maffashion, uciekłaby stamtąd z przerażeniem w ciągu kilku insta stories.

Zacznijmy od strojów. W porównaniu do dzisiejszych sukienek, które dość łatwo się zakłada przy odpowiedniej figurze, a jeszcze szybciej zdejmuje, dawna garderoba wymagała czasu i umiejętności. Przygotowanie dawnej elegantki trwało kilka godzin. Spódnice, krynoliny, halki, gorsety. Ten ostatni element to prawdziwa egzekucja dla ciała porównywalna chyba tylko z trafieniem do środka prasy hydraulicznej.

W czasach przed elektryfikacją niewiasty były dość dobrze odżywione. Nie przepadano za jogą i dietą. Jadło się czasem do późna w nocy z oczywistym skutkiem dla kobiecych „gabarytów”. Panie z pomocą kilku dziarskich osób wbijały swe pulchne ciała w gorsety jęcząc i stękając przy tym. Delikwentka, której udało się dopiąć gorset, ledwo mogła oddychać, ale czego się nie robi dla dobrego wyglądu. Poza tym bal zobowiązuje!

Panowie mieli trochę lepiej, ale nie zapominajmy, że i oni zakładali gorsety – by wciągnąć brzuch wylewający się z opasłego tułowia. Stosowano różne trywialne sztuczki, byleby mieć odpowiednią prezencję, a wygoda to była ostatnia rzecz, o jakiej myślano. Oddychanie w XVIII wieku nie miało dobrej „prasy”.

Zakładano także peruki obficie zasypywane pudrem, w których często harcowały wszy. Ale jak chcesz się bawić – musisz to wytrzymać. I wytrzymywano. Wszy to mały pikuś w porównaniu z innymi problemami. Po bolesnym ubieraniu się arystokraci wchodzili do powozów, a kobiety unosiły rąbek sukni. Dookoła na ziemi był straszny brud. To dotyczyło większości miast w Europie, a dodatkowo w Moskwie, czy Petersburgu występowały regularnie powodzie. Zatem prestiż – tak, czystość – niekoniecznie.

Ostatnia duża powódź miała miejsce w kwietniu 1908 roku, kiedy jedna piąta Moskwy znalazła się pod wodą. Petersburg wyglądał jeszcze gorzej, bo miasto nie posiadało granitowych wałów przeciwpowodziowych.

Pierwszy został zbudowany dopiero w 1763 roku. A potem ówczesną stolicę powoli rozbudowywano i ochraniano wałami, Dopiero niedawno Petersburg otrzymał 25-kilometrowy kompleks zapobiegania powodziom. W XVIII wieku szlam zalegał ulice od wiosny do jesieni, a kwiat narodu kroczył lub jechał po nim. Wszystkie białe elementy kobiecej garderoby błyskawicznie zmieniały kolor. Jedyne, co pomagało to wysokie buty.

Przyjrzyjmy się teraz sali, w której odbywały się bale. Każda przyzwoita rezydencja miała takową, a zazwyczaj nawet dwie – przeznaczone wyłącznie na uroczyste zabawy taneczne.

Ojciec puszkinowskiego Eugeniusza Oniegina „dawał trzy bale rocznie”, a pałac, do którego podróżowała bohaterka „Wojny i pokoju”, hrabina Natasza Rostowa, znajdował się w Petersburgu na Angielskim Nabrzeżu i tamże miał pojawić się sam władca. Tołstoj pisze, że to siedziba najwyższego urzędnika państwowego (odpowiednik obecnego wicepremiera). Bezkresną salę oświetlają tysiące świec. Okna są szczelnie zamknięte i zaszronione. Zapach świec drażni w nozdrza i miesza się z ciężkimi perfumami oraz słodkim potem. Gdyby tak właśnie woniała obok ciebie jakaś wytworna dama, mógłbyś ją udusić. Wosk, perfumy, tłuszcz, którym oficerowie polerowali buty. "Mega wtopa" - powiedziałaby współczesna blogerka.

Kosmetyki także nie budziły zapachowego zaufania. W dodatku trupioblade twarze pań mogły się przyśnić w niejednym koszmarze. Mężczyźni musieli być w białych rękawiczkach. Był jeden przypadek, gdy zaproszony gość o nich zapomniał. Zauważył to car Mikołaj I Romanow, który był pedantem i nudziarzem. Wręczył zapominalskiemu swoje zapasowe rękawiczki, które można było zdjąć dopiero podczas kolacji, a po niej znowu należało je założyć. Panie musiały nosić najlepszą biżuterię. Szmaragdowe szafiry świadczyły o wyśmienitym guście.

Pewna księżna z poniższego obrazu trafiła na języki w wyniku niefortunnej wpadki. Dzisiaj zjechano by ją na pudelku, ale i wtedy spotkała się ze społecznym ostracyzmem. Znana w wyższych sferach księżniczka Elżbieta Esperowna Trubecka (z domu Biełosielska – Biełozierska) przybyła na bal w liliowej sukience, której styl uznano za chybiony. Wszyscy patrzyli na nią z niesmakiem i przez sześć kolejnych miesięcy dyskutowali o jej niestosownym ubiorze. Piękna księżniczka była znana z rozrzutności i egoizmu – gdy sama organizowała bal, potrafiła wykupić w całej okolicy wszystkie kwiaty, byleby nie trafiły na konkurencyjną zabawę.

A więc niech żyje bal! Tłum arystokratek i arystokratów wypełnia salę. Nie ma gdzie szpilki wcisnąć. Mija pół godziny i nie ma czym oddychać. Panie się wachlują i marzą o niewynalezionej jeszcze klimatyzacji. Gorsety napierają, niewiasty mdleją. W czasach Puszkina będzie nieco łatwiej, bo staną się modne sukienki-tuniki. Z wysokim stanem. Nogi bywają bardziej odsłonięte, tak jak to lubił Puszkin. Ale waga sukni wciąż jest spora z powodu krynoliny rozpiętej na metalowych obręczach lub włosiance. Dopiero w latach 60. XIX wieku pojawią się zgrabne turniury podkreślające tył bioder i nadające sylwetce kształt litery S.

Póki co jesteśmy na XVIII wiecznym balu. Nagle ktoś inicjuje pierwszy taniec. Rozpoczyna się nierówna walka o przetrwanie (i poruszanie się z gracją). Piękne polonezy i menuety skrywają cierpienie, które warto sobie uświadomić. Nie zapominajmy też, że nadal pod peruką gryzą nas osiemnastowieczne wszy. Damy radę.

Tańców ci u nas dostatek. Więcej niż na amfetaminowej wiksie czy manieczkach. Panuje harmonogram, którego przestrzegają wszyscy uczestnicy. W tanecznym menu z pierwszej połowy XIX wieku serwuje się poloneza, walca, polkę, lansjera, galop, a potem znowu walca, polkę i galop – naśladujący cwał szybki taniec francuski na zakończenie balu. Byleby wytrzymały kotyliony. Byleby nie potrącić świec i nie wzniecić pożaru.

Po hucznej bibce wypadałoby się umyć, ale to nie te czasy – ówczesne kobiety raz na jakiś czas przecierały ciało mokrą szmatką i voila. Gotowe.

Na początku XIX wieku hitem w całej Europie staje się polski taniec narodowy – mazur. Oddajmy głos znawcy epoki Jurijowi Łotmanowi: „Mazurka tańczyło się z wieloma dziwacznymi figurami i męskim solo, w którym trzeba było wykazać się pomysłowością i improwizacją”.

To prawie sport. Mazur wymaga dużej sprawności fizycznej i szybkości. Oczywiście wszyscy się jeszcze mocniej pocą, co jest kolejnym, wonnym składnikiem balu. Podkute męskie buty dziko dudnią na posadce. W niektórych wspomnieniach pojawiają się opisy, że ten stukot skutecznie zagłuszał muzykę. Wyobraźmy sobie bal, w którym słychać jedynie krzyki i miarowe dudnienie – to nie odbiega zbytnio od dzisiejszej imprezy z przesterowanym basem i beatem 120 uderzeń na minutę. Tak musiało wyglądać osiemnastowieczne piekło. Hałas, omdlenia, smród – i tak przez kilka godzin. W dodatku panny oprócz wachlarzy miały też książeczkę, w której zapisywały imiona panów na przyszłe tańce (taneczny organizer). Pytanie - gdzie go trzymały?

A wszystko to z obowiązkowym uśmiechem na twarzy. Jedna ze znanych dykteryjek mówi o balu, podczas którego z powodu zaduchu kobiety padały jak muchy póki zaradny mężczyzna nie wybił świecznikiem okien, by wpuścić trochę świeżego powietrza. To było zimą, więc do sali zaczął wpadać śnieg, który topniał i zamieniał się w błocko...

Pominęliśmy jeden ważny element balu – alkohol. W ferworze tańca, duchoty, błota, hałasu i ciężkich sukien dochodzi jeszcze pijaństwo, które sprawia, że bal już nie wygląda jak na filmie kostiumowym. Próbujący utrzymać się na nogach uczestnicy z tachykardią, a niektórzy i z nadciśnieniem lub cukrzycą, marzą już o końcu udręki. Ale to nie impreza integracyjna, z której można nagle wyjść. Bal to zdarzenie protokolarne!

Gospodarze bacznie obserwują, kto i jak się zachowuje. Dokąd idzie i przede wszystkim, czy dobrze się bawi. Wcześniejsze wyjście jest jak rzucenie szefowi papierami w twarz. A jeśli na sali jest ktoś z rodziny królewskiej, to już absolutna amba. Tańczymy do oporu, choćby nas mieli wynieść na drzwiach, co prawdopodobnie i tak się stanie.

Na koniec pomińmy z czystej przyzwoitości taki drobiazg jak toaleta. W programie przecież była kolacja i wino. Panie jadły i piły, czasem musiały udać się na stronę. Tylko jak zdjąć te pantalony, gorsety, krynoliny skoro ledwo się na nich siadało i godzinami je wkładało? Przysłowiowe pudrowanie noska mogło potrwać i pół godziny, oczywiście w towarzystwie służącej. Dama siadała i załatwiała potrzebę, a służka trzymała jej krynolinę, by się nie zapaskudziła.

Bal to jednak mordęga.

Impreza, na której nie chcielibyście być.

Filmy i powieści kłamią.

źródło: [1]

0.14847993850708