Męska ofiara męskiego potwora. Wyznanie molestowanego w dzieciństwie.
Męska ofiara męskiego potwora. Wyznanie molestowanego w dzieciństwie. Męska ofiara męskiego potwora. Wyznanie molestowanego w dzieciństwie.

Plama nigdy nie znika. Nigdy. Nie możesz tego przepić, nie możesz tego wyczyścić, nie możesz udawać, że jej nie ma. Terapia i leki mogą coś zdziałać, ale plama będzie zawsze obecna. Nawet jeśli w jakiś sposób uda ci się odurzyć wystarczająco mocno i wystarczająco wiele razy, że wspomnienia się zatrą, pustka pozostanie. Znasz jej kształt w dotyku, tak samo dobrze jak kiedyś znałeś zapach, oddech i dotyk dłoni. To trochę tak, jakbyś po skończonym, długotrwałym związku, został sam w łóżku. Osoby nie ma, ale równie dobrze „osoba jest” z powodu wszystkich emocji, które ją przywołują.

Nie radzę sobie dobrze z wyjaśnianiem tego. Jesteś na zawsze naznaczony. Albo masz wspomnienia albo pustkę, dziurę, w której były wspomnienia. Albo są stłumione, ale nigdy na tyle dobrze, aby na stałe się ich pozbyć. „Wyzwalacze” są wszędzie, więc jedyne, co możesz zrobić, to szukać kolejnej pomocy w razie nagle wywołanej bezradności, niezrozumiałego ataku paniki, wstydu, nienawiści.

Wyzwalacze będą zawsze, a jedyną rzeczą, która ulega zmianie, jest intensywność reakcji, co nie zawsze jest przewidywalne. Czasami wyzwalacz, który już udało ci się przezwyciężyć, uderza, jakby był w pierwszym tygodniu po zakończeniu koszmaru. Nie wiadomo skąd. I możesz się nigdy nie dowiedzieć, dlaczego. Następnego dnia ten sam wyzwalacz może nie wywołać prawie żadnej reakcji. To irytujące.

Potem jest gwałt. Męska ofiara męskiego potwora. 

Znowu czuję się tą ofiarą, tym razem jako dorosły. Czuję się w seksie jak gwałciciel. Czasami nie mogę się dostroić. To zabawne – weź wyjaśnij to, że nagle się zdenerwowałeś i zepsułeś nastrój. Może lepiej ukryć to, założyć maskę przed jedną z niewielu osób, którym pozwoliłem podejść tak blisko? Nie ma łatwych i przyjemnych wyborów.

Mieć kogoś takiego, kto cię rozumie i akceptuje. Ok, powiedzmy, że wierzę tej osobie, co już jest wystarczająco trudne, ale ona ma teraz do czynienia z czymś, z czym nie powinna mieć do czynienia, tak samo jak ja nie powinienem mieć kiedyś z tym do czynienia, i nawet jeśli mówi: nie przejmuj się, kocham cię, i wypowiada wszystkie właściwe słowa, to i tak poczucie winy wciąż we mnie jest. Dlaczego wybrano właśnie mnie z takim bagażem, skoro są inni „normalni”. Nie jestem spełniony seksualnie. On nadal ma nade mną kontrolę, bo jego zbrodnia wciąż wpływa na to, co robię, czego nie robię, czego szukam lub unikam. Nie ma dobrych wyborów. Każdy mój ruch nosi ślad tego, co się stało.

A może by jakiś przypadkowy seks? Pieprzyć wszystkich, gwałt nie jest taki ważny, bo w końcu seks, to nie wszystko. Nie możesz tego „wypieprzyć”. To złudne poczucie wzmocnienia, które może się pojawić, nadal płynie z pierwotnej rany. Wszystko ma jakiś kontekst, nie ma nieskażonej przyszłości, jeśli chodzi o seks.

Wielu krzywdzących również było ofiarami. A większość ich ofiar boi się i skutecznie walczy, by nie stać się potworami. Z tym jest podobnie jak z genetycznymi predyspozycjami w kierunku alkoholizmu: to niby ciebie nie dotyczy, a potem przez miesiąc pijesz jednak trochę za dużo albo nagle zauważasz, że kręcą cię rzeczy, które choć są całkowicie legalne, to wywołują dyskomfort. Nie chodzi o pornografię dziecięcą, ale o BDSM i inne rzeczy od lat 18.

Są granice, których nie przekraczam. A potem zastanawiam się, czy on też miał granice, których nie przekraczał, a potem pochylał się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu wpadł twarzą w tę otchłań szamba?

Przede wszystkim kontrola. Nadal czujesz, jaką wagę mają twoje decyzje. I że nie ma ucieczki od tego wszystkiego.

No i reakcja na nieoczekiwany kontakt fizyczny. Nie to, że cię nie lubię (znaczy się ogólnie pieprzyć niektórych ludzi), lubię cię, może nawet kocham, ale ten krótki moment, w którym mnie zaskakujesz i wyglądam, jakbym chciał cię skrzywdzić? Nie ciebie, ale Jego chciałem skrzywdzić i przez chwilę ty jesteś Nim, chociaż wiadomo, że nie jesteś.

Ponad dwie dekady terapii pomogły mi jakoś przejść przez związki, ale normalne spanie u kogoś, to wciąż coś, co na początku wymaga dużej pracy. Jestem całkiem niezły w udawaniu, że śpię. Bo kiedy się budzę i widzę kogoś w zasięgu ręki, blisko mnie w tym bezbronnym stanie, nie od razu wiem, kim ten ktoś jest i czy jestem bezpieczny. Mój mózg najpierw widzi Jego. Tak więc, jeśli mówię, że pierwsze noce śpię obok kogoś, to kłamię.

Okłamuję jak tylko pozwalają mi się do siebie zbliżyć. A potem spędzam wiele godzin próbując nauczyć się natychmiastowej reakcji: „To dobra osoba, ona cię nie skrzywdzi”. Robię wszystko, żeby tylko normalnie zasnąć w jej ramionach.

Myślałem, że to będzie bardziej oczyszczające, ale nie jest.
Czasami bywa. Nie teraz.
Na dziś mi wystarczy.

źródło: [1]

0.1483359336853