Pierwszy „dom wariatów” w Europie dla chorych na smutnodur otwarto w Polsce
Pierwszy „dom wariatów” w Europie dla chorych na smutnodur otwarto w Polsce Pierwszy „dom wariatów” w Europie dla chorych na smutnodur otwarto w Polsce

My, naród wiecznie niedocenianych i pomniejszanych ludzi, lubimy być pierwsi w wielu dziedzinach. Również w psychiatrii mamy coś do powiedzenia Zachodowi i Wschodowi.

Nie tylko dlatego, że na całym świecie obłąkani stali się chorymi dopiero w 1793 roku, kiedy to Ludwik Perzyna opracował pierwszą klasyfikację chorób umysłowych. Przy okazji wprowadził do polskiego języka tak barwne terminy jak smutnodur (melancholia) i domarad (nostalgia), za którymi tworzono kolejne, m.in.: owileć (oszaleć), napuszenie (histeria), nocobłąd (lunatykowanie), chłopodur (nimfomania), posępnica (depresja), śledziennictwo (hipochondria) i trwoga przysercowa (ataki paniki). 

Oprócz tego wkładu w terminologię i systematykę, to właśnie w Polsce powstał pierwszy zakład dla obłąkanych umysłowo. Mimo że historyk Jerzy Besala w książce „Na zakrętach historii” pisze, że w 1606 roku w Hamburgu otwarto jeden z pierwszych „domów zarazy”, z którego część przeznaczono na „dom wariatów”, to stało się to w wiele lat później od prekursorskich działań krakowskich mieszczan. Hamburski przybytek był raczej więzieniem otoczonym fosą niż lecznicą służącą wyzdrowieniu. Wśród codziennych metod leczenia była tam poranna musztra, ciężka praca, ścisłe przestrzeganie surowego porządku dnia, a także nauka czytania, pisania i bezwzględne wpajanie pobożności.

Było to z pewnością zdrowsze i bardziej humanitarne podejście niż dotychczasowe sposoby, jakimi próbowano uwolnić umysłowo chorych od cierpienia. Ludzi z zaburzeniami psychicznymi traktowano wcześniej chłostą, piętnowano ich czoła rozgrzanym do czerwoności metalem, golono im głowy i odprawiano egzorcyzmy. W średniowieczu uznawano ich za sługusów diabła, a czasem natchnionych przez bogów. Palono ich na stosach, torturowano, bądź topiono. Ci, których oszczędzono, włóczyli się po ulicach niczym zwierzęta.

Kiedy w końcu zastosowano odosobnienie, okazało się to najłatwiejszym dla społeczności sposobem i tak jest właściwie do dzisiaj. Nie pomaga to w integracji chorych, ale wśród niektórych przypadków z pewnością prowadzi do wyciszenia i uzdrowienia. Jednakże w dawnych czasach zamykano za wszystko, co budziło niepokój mieszkańców. Mógł to być zarówno napad szału, atak paniki, jak i przewlekły, histeryczny śmiech.

Wracając do polskiego szpitala dla obłąkanych, wzmiankowany jest on w pracy Leona Wachholza z 1924 roku pt. „Szpitale Krakowskie 1220−1920”. Dowiadujemy się z niej, że to Kraków był pierwszym schronieniem dla zabłąkanych dusz. Podobno jego właściciel przyjmował pod swój dach epileptyków, chorych psychicznie, społecznych wyrzutków, a także cierpiących na choroby weneryczne. Półtora wieku później miejscowy biskup Andrzej Zawisza Trzebnicki herbu Łabędź napisał w swoim testamencie, że zbudowany z drewna zakład „nie miał żadnych dochodów, ze starości i w skutek klęsk wojennych tak zniszczał, że nie pamiętano miejsca, w którem się mieścił”.

Ale położenie kamienicy udało się ustalić dzięki zapiskom kardynała Jerzego Radziwiłła. Szpital dla obłąkanych mieścił się za nieistniejącą już Nową Bramą, między kaplicą świętej Gertrudy, a szpitalem świętych Sebastiana i Rocha. Duchowieństwo zazwyczaj miało jakiś związek z ubogimi i cierpiącymi, ale ta część Krakowa była dość ponurym miejscem do zdrowienia. Kaplica św. Gertrudy była przeznaczona dla skazańców i tych, którym odmówiono chrześcijańskiego pochówku, a pobliski szpital był przytułkiem dla chorych wenerycznie i zapowietrzonych, czyli chorych zakaźnie. W ten sposób chorzy psychicznie trafili między religijny młot, a epidemiczne kowadło.

Biskup Trzebnicki żyjący w XVII wieku postanowił pomóc obłąkanym i zbudować dla nich nowy azyl, zwany przez mieszkańców "Kamienicą szalonych". Mieścił się on przy Szpitalnej 13, w kamienicy zbudowanej „a fundamentis, ze wszelkiem przestrzeństwem, porządkiem, warunkiem i wygodą dla pacarellów, alias dla szalonych ludzi”.

Przeznaczył na budowę środki finansowe i przygotował stosowną dokumentację, która pozwalała na utrzymanie sześciu „pensjonariuszy”. Przybytek nazwano od herbu fundatora „Domem pod Łabędziem” i jest on pierwszym w Polsce szpitalem dla obłąkanych z prawdziwego zdarzenia. Trafiali do niego chorzy duchowni i świeccy, wywodzący się zarówno ze szlachty, jak i z niższych stanów. Dom miał opłaconego chirurga, medyka, zarządcę oraz zapewnione stosowne leki.

Był to jak na ówczesne czasy dość nowoczesny zakład opiekuńczy. W 1784 roku założono wokół niego ogród, by pacjenci mogli zaczerpnąć świeżego powietrza. Według dokumentów Austriaków z przełomu XVIII i XIX wieku przyjmowanie, traktowanie i wypuszczanie chorych, świadczy o humanitarnym podejściu i dużej skuteczności w leczeniu. Krakowski szpital zdecydowanie wyprzedzał swoje czasy. Kiedy jego pacjenci przechadzali się po ogrodzie, cesarz Józef II wybudował w Wiedniu Narrenturm - słynną wieżę wariatów, a francuski prekursor psychiatrii musiał ręczyć własnym życiem za uwalnianie szaleńców z pęt i kajdan.

Należy wyrazić prawdziwy domarad za tamtymi czasami, gdy chorych psychicznie w Polsce traktowano jak ludzi. Mimo że obecnie mamy do dyspozycji setki form terapii i niezwykle skuteczne leki, to troska o tych, których dusza cierpi, bardziej przypomina powszechną znieczulicę - szczególnie w przypadku borykającej się z emocjonalnymi i psychicznymi problemami młodzieży.

źródło: [1][2]

0.071250915527344