Bombowy kaszalot i chciwi katolicy z Kanady, czyli 5 katastrofalnych rozwiązań w historii, cz. 1
Bombowy kaszalot i chciwi katolicy z Kanady, czyli 5 katastrofalnych rozwiązań w historii, cz. 1 Bombowy kaszalot i chciwi katolicy z Kanady, czyli 5 katastrofalnych rozwiązań w historii, cz. 1

Jak wiadomo piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Widać to szczególnie w historycznych przykładach, które nie tylko nie rozwiązały problemu, ale go znacznie pogorszyły. Jednym z terminów wartych odnotowania w tej materii jest „efekt Streisand”. To zjawisko, w którym próba ukrycia lub ocenzurowania pewnych informacji prowadzi do zwrócenia na nie tak dużej uwagi, że staje się to przeciwskuteczne.

Jeszcze innym jest „efekt kobry”, wymyślony przez niemieckiego ekonomistę Horsta Sieberta – odnoszący się do niezamierzonych konsekwencji w wyniku dobrych intencji. Termin ten ma swoje korzenie w incydencie, który zaraz omówimy. Poznajcie 5 fatalnych rozwiązań, które poszły nie tak, jak planowano.

#1 Mniej znaczy więcej

W czasach Indii Brytyjskich władze zaniepokoiły się dużą liczbą jadowitych węży atakujących mieszkańców Delhi. Za każdą martwą kobrę zaoferowano nagrodę, którą wypłacano po dostarczeniu skóry gada urzędnikom. Wydawało się, że plan zadziałał, bo wkrótce miejscowi tłoczyli się w punktach zrzutu, a magazyny wypełniły się skórami.

Jednak program motywacyjny nie wpłynął zauważalnie na zmniejszenie populacji okularników w mieście. Bez względu na to, ile skór dostarczono władzom, Delhi wydawało się być równie „jadowite”. Urzędnicy w końcu zorientowali się dlaczego. Ponieważ nagroda za wężową skórę była wyższa niż koszt wyhodowania kobry, mieszkańcy zajęli się chowem okularników zarabiając w ten sposób na życie.

Kiedy władze zdały sobie sprawę, jak ich program motywacyjny się potoczył, zrezygnowały z niego i przestały wypłacać pieniądze. To był drugi błąd, bo w tej sytuacji posiadanie kobr okazało się bezcelowe. Ludzie wypuścili węże na wolność – w Delhi. Liczba zwierząt wzrosła do stanu o wiele wyższego niż kiedykolwiek w historii, co stało się dobrym pretekstem do powstania terminu „efekt kobry”.

Francuskie władze kolonialne miały podobne, choć mniej katastrofalne doświadczenie w Hanoi w Wietnamie, kiedy starały się zachęcić cywilów do kontrolowania inwazji szczurów. Podobnie jak Brytyjczycy, zaoferowano nagrody za szczury, wypłacano je w zamian za ogon gryzonia. Wkrótce urzędnicy spostrzegli istną plagę szczurów błąkających się po mieście bez ogonów. W przeciwieństwie do hindusów, Wietnamczycy zamiast je hodować, łapali szczury, pozbawiali ogonów i wypuszczali z powrotem, by mogły się rozmnażać, dzięki czemu interes wciąż przynosił zyski.

#2 Bombowy wieloryb

W listopadzie 1970 roku odpowiedzialny za transport Oregon State Highway Division miał śmierdzący problem. Co zrobić z 14-metrowym, 8-tonowym kaszalotem, którego gnijące cielsko fale wyrzuciły na plażę w pobliżu nadmorskiego miasteczka Florence w hrabstwie Lane? 

Można było pozwolić, by natura w swoim tempie rozłożyła wieloryba, jednakże mieszkańcy niechętnie zapatrywali się na takie rozwiązanie, zważywszy na dominujący fetor podwodnej bestii. Wieloryb zatem gnił, a frustracja rosła. Jeden z urzędów ocenił, że zakopanie go nie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ w jego cielsku wciąż produkują się gazy, które prędzej czy później wybuchną. Ktoś wpadł na pomysł rozcięcia kaszalota, ale nie było nikogo chętnego do wykonania tej operacji.

Przypomina to kilka współczesnych przypadków z martwymi wielorybami na plażach. Jednym z nich był kaszalot z Nowej Funlandii, który w 2014 roku rozłożył się na kanadyjskim wybrzeżu. W tym wypadku władze postanowiły zaczekać aż ssak sam ulegnie procesowi gnilnemu. Z pewnością znały one konsekwencje historii z Oregonu.

Władze tego stanu w końcu poddały się presji i postanowiły skorzystać wynalazku Alfreda Nobla. Zaproponowano użycie 20 skrzyń dynamitu. Lokalny weteran, który miał doświadczenie z materiałami wybuchowymi ostrzegł, że 20 skrzyń to za dużo. Doradził, by użyć 20 lasek dynamitu, ale został zignorowany przez władze. Urzędnicy mieli nadzieję, że wybuch rozczłonkuje potwora na małe kawałki, które potem pochłoną padlinożercy.

Jeden z urzędników Highway Division dodawał mieszkańcom otuchy: - Jestem przekonany, że to zadziała. Jedyną sprawą, której nie do końca jesteśmy pewni, to jaka powinna być dokładna ilość materiałów wybuchowych, by resztkami wieloryba zajęły się potem mewy, kraby i inne zwierzęta.

Dynamit zakopano pod wielorybem, od strony lądu, by wszystko poleciało w stronę oceanu. Zebrało się mnóstwo osób, które chciały obejrzeć jedyny w swoim rodzaju spektakl. Dla zachowania bezpieczeństwa wszyscy stali 400 metrów dalej. Gdy 12 listopada 1970 roku o 15:45 zdetonowano dynamit, rozpoczęto wiwatowanie. Okrzyki radości szybko przerodziły się w krzyki przerażenia. Stało się jasne, że władze nie doceniły strefy wybuchu i bezpiecznej odległości.

400 metrów to jednak było stanowczo za mało, bo wszyscy widzowie w promieniu 800 metrów zostali obsypani deszczem gnijących kawałków wieloryba. Ogromny „blob” tłuszczu zmiażdżył zaparkowany samochód w odległości pół kilometra od strefy zero. Okolica została skażona wielorybim truchłem. Cudem nikt nie został poważnie zraniony przez wielotonowego ssaka, chociaż odnotowano pomniejsze zranienia.

Kiedy opadł kurz i ustał „deszcz” śmierci, przerażeni urzędnicy odkryli, że większość zwłok nawet się nie ruszyła z miejsca. Pod osłoną nocy ekipy sprzątające wróciły na miejsce, by zakopać szczątki i posprzątać okolicę. Od tamtego czasu wiadomo, czego nie robić w przypadku martwego wieloryba.

#3 Chciwy Kościół Kanady

Przed „Spokojną rewolucją” w Quebecu, czyli okresem zeświecczenia i poważnych zmian społecznych oraz politycznych lat 60. XX wieku, to Kościół katolicki dominował w tym rejonie. Czasy te, zwane w Quebecu „Wielkimi ciemnościami”, cechowało powszechne ubóstwo, z którym postanowiono „coś” zrobić.

W mrocznych dniach Kanady Maurice Duplessis, prawy katolik, został premierem Quebecu. Z miejsca przystąpił do przekazania szkół, domów dziecka i szpitali w ręce różnych katolickich zakonów. Wraz z biskupami katolickimi Duplessis opracował następnie program pomocy federalnej rządu kanadyjskiego dla prowincji. Jego celem było skierowanie jak największej ilości pieniędzy podatników „na tacę” Kościoła katolickiego.

Duplessis

Federalne dotacje zachęcały do budowy szpitali bardziej niż inne programy społeczne. Prowincje otrzymywały wkład wysokości około 1,25 dolara dziennie na każdą sierotę, ale już dwa razy więcej, bo 2,75 na każdego pacjenta psychiatrycznego. Jak nietrudno się domyślić, w ten sposób Duplessis i Kościół katolicki przyczynili się do stworzenia intratnego systemu fałszywego diagnozowania sierot jako umysłowo upośledzonych. Premier podpisał ustawę, która przekształcała domy dziecka w szpitale. To uprawniało kościelnych administratorów do pobierania wyższych stawek od rządu.

Ponad 20 000 zdrowych psychicznie sierot z Quebecu zdiagnozowano jako dzieci z zaburzeniami umysłowymi. Nie chodziło tylko o formalności papierkowe: podopieczni stali się więźniami w źle nadzorowanych ośrodkach psychiatrycznych. Zdrowe sieroty poddawano lobotomii i elektrowstrząsom, co jak wynika z późniejszych badań spowodowało u 78% z nich trudności w dorosłym życiu. Dzieci były narażone na przypadki przemocy psychicznej, fizycznej i seksualnej ze strony duchownych oraz świeckich pracowników. Pozostałe przy życiu „sieroty Duplessisa”, jak się je nazywa, do dziś walczą o odszkodowanie za wyrządzone krzywdy.

#4 Co zakazane, jest pożądane

Aż do XX wieku Amerykanie nie mieli poważnych problemów związanych z przestępczością zorganizowaną. W miastach było mnóstwo gangów, ale działały one na lokalną skalę i składały się z ulicznych rzezimieszków walczących o swoją dzielnicę. Irlandzcy imigranci w szczególności zdominowali przestępczą scenę XIX wieku, co znamy z epickich „Gangów Nowego Jorku” Martina Scorsese.

Wraz z nową falą imigrantów zaroiło się od europejskich bandziorów, między innymi z Włoch – zwłaszcza na północnym wschodzie. Podobnie jak irlandzcy prekursorzy, włoskie gangi były niewielkimi rodzinnymi ferajnami. Ich działania ograniczały się do dzielnic, w których żerowano na włoskich imigrantach wyłudzając od nich haracze, dokonując rozbojów i zmuszając kobiety do prostytucji.

To wszystko uległo dramatycznej zmianie w 1920 r. wraz z wprowadzeniem w Stanach prohibicji, czyli zakazu produkcji, transportu lub sprzedaży alkoholu. Sam akt uznania alkoholu za nielegalny nie zmniejszył popytu na procentowe trunki, a wręcz przeciwnie. To, co przyniosła prohibicja w Stanach, to wypaczenie postaw społecznych i wytworzenie powszechnej tolerancji na przestępstwa – w imię dostarczenia masom upragnionego alkoholu. Chyba jedynym pozytywnym rezultatem prohibicji był dynamiczny rozwój muzyki jazzowej…

Wiodący amerykański przemysł dotychczas działający legalnie został rozwinięty przez przestępców, wraz z ogromnymi, nieopodatkowanymi dochodami. W miejsce praworządnych firm pojawiły się podziemne bimbrownie zarządzane przez zorganizowane grupy przestępcze.

Zyski z alkoholu pozwoliły zwiększyć liczbę innych nielegalnych działań, takich jak wymuszanie haraczy, czerpanie zysków z prostytucji, handlu narkotykami, bronią, itp. Zepsuło to również amerykańską politykę i system wymiaru sprawiedliwości. Ilość i wysokość łapówek na każdym szczeblu – od stójkowego, poprzez detektywa, oficera, urzędnika, sędziego czy polityka, doprowadził do wszechobecnej korupcji.

Policja stanowa pozuje do zdjęcia razem z członkami mafii, 1931 rok

Zyski ze sprzedaży nielegalnego alkoholu były astronomiczne. Przestępcy działali z cichym przyzwoleniem dużej części społeczeństwa oraz samej władzy, która nie uważała spożywania alkoholu za szczególny grzech. W efekcie włoska przestępczość zorganizowana rozkwitła, a jej zasięg i obroty przeszły najśmielsze wyobrażenia.

Tym, co odróżniało włoskich gangsterów od innych etnicznych przestępców, były doświadczenia mafijne z Europy. Dzięki temu Włosi w USA mogli czerpać z wyrafinowanej tradycji zorganizowanych, hierarchicznych i zdyscyplinowanych organizacji.

W przeciwieństwie do konkurencji, ci gangsterzy mieli nie tylko skuteczny model do replikacji, ale także doświadczonych przestępców, którzy chętnie szli drogą bezprawia w nowych warunkach. W latach świetności sam Al Capone kontrolował i czerpał nielegalne zyski z 10 000 barów w Chicago. Prohibicję zniesiono w 1933 roku, a amerykański przemysł alkoholowy wrócił do legalnej działalności. Mimo że przestępczość spadła, podobnie jak ilość wypijanego alkoholu, to włoska mafia na dobre zadomowiła się w USA. Do dziś ma się dobrze, a jej potęga ugruntowała się właśnie w czasach prohibicji.

#5 Z całej armii ostał się tylko jeden

„Wielka gra” była terminem określającym dziewiętnastowieczną walkę o wpływy w Azji Środkowej między Brytyjczykami a Rosjanami, głównie na terenie Afganistanu, Iranu i Pakistanu oraz Tybetu. Brytyjczycy starali się trzymać Rosjan jak najdalej od ich „klejnotu w koronie” – Indii. Punktem zapalnym stał się Afganistan, który w latach 30. XIX wieku był zbyt przyjazny Rosji.

Brytyjczycy najechali kraj w 1838 r. i obalili rusofilskiego władcę Dosta Mohammada. Zastąpili go szachem Shują, wspieranym przez brytyjskie garnizony w stolicy i najważniejszych miastach. Anglicy rozsiedli się wygodnie, bo wydawało się, że to tylko kwestia czasu, zanim kraj zostanie przyłączony do brytyjskich Indii. Oficerowie sprowadzili rodziny i rozpoczęła się typowo kolonialna aktywność: wyścigi konne, gra w krykieta, tea time.

Jednak Afgańczycy okazali się niemożliwi do kontrolowania przez marionetkowego władcę. Do 1841 r. niezadowoleni partyzanci powstali w buncie przeciwko Brytyjczykom. Wkrótce tereny wiejskie przepadły, a linie dostaw do Indii zostały odcięte. Brytyjska kontrola skurczyła się do garnizonów i została zredukowana do fortyfikacji.

By odejść z twarzą, Brytyjczycy zdjęli z urzędu swojego szacha i zaczęli pertraktować z synem poprzedniego władcy, Akbarem Chanem. W rezultacie zgodzili się wycofać wojska z Afganistanu i przekazać władzę jego ojcu.

Akbar Chan

6 stycznia 1842 r. brytyjska Armia Indusu licząca 4500 ludzi oraz 12 000 cywilów, głównie żon i dzieci żołnierzy oraz posługaczy, wyruszyła w śnieżnej zamieci z Kabulu w stronę Dżalalabadu. Kilkunastotysięczna kolumna pod wodzą nieudolnego i schorowanego generała Williama Elphinstone’a już po przejściu kilku kilometrów została ostrzelana z okolicznych wzgórz. Pod koniec dnia afgańskie klany grabiły zapasy i zabijały każdego, kogo napotkano.

Umęczeni atakami Brytyjczycy chcieli odpocząć nocą, ale ponieważ obiecana eskorta i namioty nie przybyły, wielu z nich zamarzło na śmierć. O świcie rozpoczęły się pierwsze dezercje, ale żołnierze trafiali w ręce wroga i byli mordowani.

Rano Afgańczycy wymusili od Anglików ogromną łapówkę oraz ich poturbowali. Wzięli również zakładników w postaci rodzin i części oficerów. Następnego dnia wznowiono marsz. Gdy resztki kolumny dotarły do wąskiej przełęczy, Afgańczycy otworzyli ogień zabijając 3 000 ludzi, głównie posługaczy obozowych.

Następnego dnia Afgańczycy przyszli po więcej pieniędzy i zakładników w zamian za „obietnice” wstrzymania ataków. 11 stycznia generał Elphinstone i jego zastępca zostali zmuszeni do poddania się w zamian za kolejną obietnicę bezpiecznego przejścia. W kolumnie znajdowało się w tym czasie już tylko 450 żołnierzy i 3 tysiące posługaczy.

W wyniku kolejnych ataków i prób ucieczki z zasadzek, tydzień po wyruszeniu z Kabulu, z ponad 16 tysięcy ludzi, udało się przedrzeć przez przełęcz zaledwie 80 osobom podzielonym na dwie grupy. Przy próbie przekazania broni Afgańczykom (20 muszkietów i amunicji) doszło do walki, w której zginęli prawie wszyscy Brytyjczycy.

Ostatnia, mała grupka 15 jeźdźców, w tym lekarz wojskowy dr Wiliam Brydon, dotarła 25 kilometrów od brytyjskich pozycji w Dżalalabadzie. Zapadła noc i zmęczeni uciekinierzy postanowili przyjąć gościnę afgańskiej rodziny. To był ostatni ze złych pomysłów tej długiej, zabójczej podróży, która przeszła do historii jako Masakra armii Elphinstone’a. Afgańczycy przekazali ich w ręce partyzantów, którzy ich wymordowali.

Tuż przed czasem na herbatę 13 stycznia 1842 roku żołnierze brytyjscy stacjonujący w Dżalalabadzie zauważyli zbliżającego się na horyzoncie rannego jeźdźca. Był to dr Brydon, jedyny ocalały z brytyjskiego odwrotu z Kabulu. Gdy zapytano go, gdzie jest armia, odpowiedział: Ja jestem armia.

źródło: [1][2][3]

0.14049983024597