Próby nuklearne na ziemi Aborygenów i ekshumacje niemowląt
Próby nuklearne na ziemi Aborygenów i ekshumacje niemowląt Próby nuklearne na ziemi Aborygenów i ekshumacje niemowląt

W nuklearnym kontekście niewielu badaczy zajmuje się Australią, na której w latach 1956–1963 Brytyjczycy zdetonowali siedem bomb atomowych. Jedna z nich była dwa razy potężniejsza niż Little Boy zrzucony na Hiroszimę.

Maralinga znajduje się 54 km na północny zachód od Ooldea, w odległej Wielkiej Pustyni Wiktorii. Na tym aborygeńskim odludziu postanowiono przetestować najbardziej zabójczą ówcześnie broń. Po odebraniu ziemi lokalnej społeczności Tjarutja wybudowano miasteczko, które wkrótce pomieściło tysiące żołnierzy i naukowców gotowych dokonywać najbardziej niebezpiecznych eksperymentów, jak się uważa – także na ludziach.

Od 2016 roku ten teren jest udostępniony do zwiedzania. Sama ziemia została zwrócona właścicielom w 1984 roku. Obecnie na poligonie wojskowym mieszkają 3 osoby, dwóch dozorców i przewodnik. - Nie każdy może powiedzieć, że jeździ dżipem po byłym obszarze nuklearnym. - mówi jeden z dozorców, Roger Petersen. Wycieczki prowadzi Robin Matthews, który żyje tu od 40 lat. Jedyną osadą w okolicy jest Oak Valley, w której mieszka 128 osób, głównie Aborygenów.

Ta historia sprzed sześciu dekad to mało znana część zimnej wojny. W szczególności "Projekt Sunshine", który polegał na ekshumacji ciał dzieci. Miały tu też miejsce tak zwane „małe próby” – oficjele podpalali lub wysadzali dynamitem pluton, by zobaczyć, co się stanie. Jedna z lokalizacji, zwana „Kuli”, jest do dziś niedostępna, ponieważ jej oczyszczenie okazało się niemożliwe.

Dziennikarz Mike Ladd odwiedził Maralingę wraz z grupką społeczności Tjarutja, która określa strefę zero „Mamu Pulka”, co w języku pitjantjatjara oznacza „wielkie zło”. - Mój ojciec zmarł na białaczkę. Nie wiemy na pewno, czy to z powodu promieniowania, ale długo pracował na skażonym terenie – mówi Jeremy Lebois (na zdjęciu), przewodniczący Maralinga Tjarutja.

30% brytyjskich i australijskich żołnierzy narażonych na wybuchy również zmarło na raka – mimo że Komisja Królewska McClellanda z 1984 roku nie była w stanie stwierdzić, czy każdy przypadek był spowodowany przez testy nuklearne. W latach 80. odnotowano wśród osób narażonych na promieniowanie liczne przypadki ślepoty, owrzodzeń i chorób nowotworowych.

Dopiero stojąc w strefie zero można w pełni zdać sobie sprawę z mocy bomb.

Strefa zero

Nawet po ponad 60 latach tutejsza flora jest wymarła w promieniu jednego kilometra. Stalowe i betonowe wieże użyte do zdetonowania bomb natychmiast po eksplozji wyparowały. Czerwony, pustynny piasek stopił się w zielone szkło, które wciąż zaśmieca to miejsce.

- Ziemia pod spodem jest nadal wyjałowiona, więc kiedy korzenie roślin zapuszczą się na pewną głębokość, umierają – tłumaczy Robin Matthews (na zdjęciu).

Wiele lat temu odwiedzenie strefy byłoby niebezpieczne, ale teraz promieniowanie jest tylko trzy razy wyższe niż normalnie.

Linia ognia

Kontynent australijski nie był pierwszym wyborem Brytyjczyków. Wcześniej bez powodzenia próbowali przeprowadzić testy w USA i Kanadzie. Robert Menzies, ówczesny premier Australii, zgodził się na testy bez konsultacji z rządem. David Lowe, kierownik historii współczesnej na Deakin University, uważa, że ​​Australia miała w tamtym czasie nadzieję stać się nuklearną potęgą.

- Wielu przywódców świata zachodniego naprawdę myślało, że istnieje realne ryzyko wybuchu III atomowej wojny światowej – mówi Lowe.

Premier Menzies z Królową 

Bomby testowano na Wyspach Montebello, na Emu Field i w Maralindze.

W Strefie Zakazanej Woomera na południowoaustralijskiej pustyni sprawdzano pociski, które mogłyby je unieść. Rakieta Blue Streak została wystrzelona ze środkowej części Australii i przeleciała pół kontynentu do Broome. Jej drogę nazwano „linią ognia”.

- Linia ognia od Woomera do Broome jest, co zabawne, tej samej długości co odległość Londynu od Moskwy – mówi Matthews.

Gdy ludzie Tjarutja zostali usunięci ze swojej ziemi, wysiedlono też społeczność Yulparitja w strefie lądowania na południe od Broome. Ale nie wszystkie rakiety Blue Streak dotarły do ​​oceanu. Niektóre rozbiły się na pustyni w Australii Zachodniej.

Królewska komisja McClellanda wykazała, że ​​Brytyjczycy podchodzili z nonszalancją do warunków pogodowych. Nie przywiązywali znaczenia do tego, czy opad radioaktywny zostanie z powodu wiatru przeniesiony znacznie dalej niż zakładano. To dlatego zamiast przewidywanego obszaru o promieniu 160 kilometrów, dotarł on do Townsville, Brisbane, Sydney i Adelajdy.

- Nonszalanckie podejście do rdzennej ludności Australii było przerażające, ale trzeba przyznać, że dotyczyło ono zarówno brytyjskich, jak i australijskich pracowników - mówi profesor Lowe.

Historycy zastanawiają się, czy pozostawienie ludzi na niektórych zagrożonych terenach, nie było przypadkiem celowe.

- Nie można tego wykluczyć, bo ówczesna medycyna żywo interesowała się tym, w jakim stopniu promieniowanie radioaktywne oddziałuje na organizm - mówi profesor Lowe i kontynuuje: - Informacje na ten temat są utajnione i jest mało prawdopodobne, żeby rząd brytyjski i australijski dopuścił, by ujrzały światło dzienne.

 

Projekt Sunshine

Wiemy natomiast, że podjęto skoordynowane wysiłki w celu zbadania kości zmarłych niemowląt pod kątem występowania w nich strontu 90 (Sr-90), promieniotwórczego izotopu, który jest jednym z produktów ubocznych bomb jądrowych. Odbyło się to w ramach "Projektu Sunshine", serii badań zainicjowanych w 1953 roku przez Komisję Energii Atomowej USA.

Próbowano wtedy pomierzyć, w jaki sposób izotop rozproszył się po świecie, mierząc jego koncentrację w kościach zmarłych. Wybrano zwłoki najmłodszych, ponieważ były one szczególnie podatne na jego akumulację. W Wielkiej Brytanii i Australii odbyło się około 1500 ekshumacji – często bez wiedzy i zgody rodziców.

Herb Jednostki Wojskowej MARSU, obsługującej testy atomowe 

Odpowiedź na pytanie: czy gwałtowny wzrost poziomu strontu w okresie testów nuklearnych wywołał wzrost zachorowania na raka kości na całym świecie – okazała się to trudna uzyskania.

Testy nuklearne na najmniejszym kontynencie świata miały miejsce w czasie, który profesor Lowe opisuje jako „utopijne myślenie atomowe”. – Australijczycy odkryli wtedy dość znaczące złoża uranu, zatem mieli nadzieję, że dzięki temu nastąpi ich wzrost gospodarczy – mówi.

Projekt Ploughshare

Niektóre "atomowe" pomysły były absurdalnie optymistyczne. Projekt Ploughshare wyrósł z amerykańskiej Operacji Plowshare, która badała możliwości zastosowania broni atomowej dla potrzeb gospodarczych (wydobycie surowców, budowa kanałów i dróg, produkcja energii).

W 1969 roku Australia i Stany Zjednoczone podpisały umowę, w ramach której przy użyciu wybuchów jądrowych miał powstać port w Cape Keraudren w Kimberley. Plan został odrzucony wyłącznie z powodów ekonomicznych, a nie środowiskowych, czy społecznych.

Rysunek na ścianie wojskowego baru w Maralindze 

Po latach sen, czy raczej koszmar, nuklearnej współpracy technologicznej z Brytyjczykami został przerwany. Wszystko, co Australii udało się osiągnąć, to pomoc w budowie reaktora HIFAR w Lucas Heights.

W latach 60. Brytyjczycy przeprowadzili dwie niedokładne próby oczyszczenia terenów w Maralindze. Profesjonalne „sprzątanie” odbyło się w latach 1995–2000. Kosztowało ponad 100 milionów dolarów, z czego Australia zapłaciła 75 milionów.

Pozostało po nim sztuczne stoliwo na pustyni zawierające 400 000 metrów sześciennych gleby zanieczyszczonej plutonem.

Aborygeni z Tjarutja otrzymali 13 milionów dolarów w ramach rekompensaty za utratę ziemi. Miejscowi mówią, że z biegiem lat przyroda powinna tu odżyć. Jeden z rdzennych mieszkańców ostatnio widział w popromiennym krajobrazie niewielką grupkę kangurów. To dobry znak.

źródło: [1]

0.24491786956787