Sekrety utopijnego miasta Celebration, które zbudował Disney
Sekrety utopijnego miasta Celebration, które zbudował Disney Sekrety utopijnego miasta Celebration, które zbudował Disney

W latach 60. Walt Disney planował stworzenie futurystycznego miasta, które będzie modelowym przykładem dla całej amerykańskiej rodziny. Ale coś nie pykło.

Walt pragnął zbudować miasto przyszłości – bez slumsów, bezrobocia i korków. Tak powstał utopijny projekt z kopułą w centrum miasta chroniącą przed ekstremalnymi zmianami pogody. Komunikację usprawniał system transportu jednoszynowego oraz podziemne autostrady dla samochodów.

- Będzie to starannie zaplanowane miasto, które pokaże amerykańskie osiągnięcia w przemyśle, technologii, edukacji i kulturze. - powiedział Walt. - Nie będzie slumsów, ponieważ nie pozwolimy im się pojawić. Nie będzie żadnych właścicieli gruntów i związanych z nimi przywilejów. Mieszkania będą wynajmowane tylko po rozsądnych cenach. I wszyscy będą mieli pracę.

Disney zmarł w 1966 roku, a projekt umarł wraz z nim. W latach 90. firma twórcy Myszki Miki postanowiła wykorzystać ziemię zakupioną obok wesołego miasteczka na Florydzie, aby tam zbudować modelową wspólnotę z przyszłości.

- Michael Eisner od samego początku tłumaczył, że to powinno być niezwykłe założenie. – przywoływał słowa dyrektora generalnego jeden z kierowników firmy. - Chcieliśmy poprawić życie Amerykanów i zrealizować wizjonerski pomysł. Wkrótce koncepcja uległa zmianie i zamiast futurystycznego projektu wymyślonego przez Disneya, firma postanowiła stworzyć małe miasteczko jak z amerykańskiej idylli – ucieleśnienie ideałów rodziny zamieszkałej w dobrym sąsiedztwie.

Miasteczko Celebration naprawdę wyglądało jak sielankowa sceneria z filmu. Mimo, że ceny domów były tam jednak wyższe niż w okolicy, popyt był tak wielki, że stworzono loterię, by w miarę sprawiedliwie je rozdysponować.

Mieszkają tu prawdziwi ludzie, którzy nie chcą, by ich niepokojono

Projekt oszacowano na 4 miliardy dolarów. Zajęli się nim znani projektanci i architekci. Lokalne kino zaprojektował argentyński architekt Cesar Pelli, autor Petronas Towers w Kuala Lumpur. Nad pracami czuwała wpływowa agencja projektowa Pentagram. - Zajmowaliśmy się nie tylko znakami drogowymi i sklepowymi – przypomniał jeden z partnerów firmy, Michael Bierut. – Tworzyliśmy też fontanny, park, pole golfowe, a nawet pokrywy włazów kanalizacyjnych.

Kampania reklamowa powstającego miasta przemawiała do nostalgii – spokojnego życia, wolnego od problemów wielkich miast. Przywoływała „miasto z dzieciństwa, w którym sąsiedzi witają się, dzieci łapią świetliki, a ludzie odpoczywają w bujanych fotelach na werandzie”.

Ta obietnica przyciągnęła wielu chętnych. Kiedy kilkaset domów wystawiono na sprzedaż, nabywców było dziesięć razy więcej.

Celebration powstało w 1994 roku. Wyglądało pięknie, schludnie i niezupełnie realnie (niektórzy porównali je do zainscenizowanego miasta z filmu "Truman Show"). W pobliżu domów umieszczano znaki ostrzegające turystów, że „mieszkają tu prawdziwi ludzie, którzy nie chcą, by ich niepokojono”.

Pod względem organizacyjnym Celebration przypominało park rozrywki, ale miało klimat wielkiego centrum handlowego. W zimie codziennie o wyznaczonych godzinach pada tu śnieg, oczywiście sztuczny, zrobiony z mydła. Jest także sztuczne lodowisko. Na jesieni zdarza się, że dowożą liście, by je rozprowadzić po ulicach. Na drzewach umieszczono głośniki nadające stosowną muzykę lub śpiew ptaków.

Możesz pomalować ramy okienne, ale tylko na biało

Zmęczeni metropoliami mieszkańcy, którzy trafili do Celebration, byli bardzo zadowoleni. W miasteczku pierwotnie żyło niecałe 7 tysięcy osób. Większość z nich spełniała warunki broszury reklamowej – rozmawiano z sąsiadami, przestrzegano zasad, organizowano przyjęcia. 

Wkrótce okazało się, że codzienne życie jest regulowane wieloma zasadami, szczególnie w zakresie urządzania własnego domu. Od koloru ram okiennych (tylko biel) po strukturę elewacji. Duże anteny satelitarne widoczne z ulicy były surowo zabronione, tak jak i dodatkowe odblaskowe powłoki na szybach. Nawet witraż na drzwiach wejściowych musiał być uzgodniony z architektem miasta. W 160 stronicowej książce przepisów było też zalecenie, by każdy dom posiadał figurkę Myszki Miki.

Przepisy dotyczyły również trawników. Sztuczne rośliny były zakazane. Liczba odmian krzewów, które można było sadzić, została ograniczona i pilnowano jej skrupulatnie.

- Czy kiedykolwiek mieszkałeś obok człowieka, który na ciebie donosił? – mówi jeden z byłych mieszkańców Celebration. – Człowieka, który informował, że nie zdjąłeś ozdób świątecznych lub masz sztuczny trawnik? Tak tam było. Mój ojciec został ukarany grzywną za usunięcie ozdób dzień później niż było to nakazane. Mimo, że mieliśmy usprawiedliwienie, bo wracaliśmy z wakacji, a nasz lot był opóźniony. Ale i tak trzeba było zapłacić.

- Te zasady wymyślił jeszcze Walt Disney, który miał obsesję kontrolowania wszystkiego. - powiedział urbanista Richard Foglesong, profesor w Rollins College badający historię miasta na Florydzie. – Mieszkańcy chcieli żyć w twórczym środowisku, ale równocześnie tęsknili za dobrą organizacją i byli gotowi pogodzić się z tak restrykcyjnymi zasadami. Większość populacji stanowili Biali (83%), Latynosi (12%), Afroamerykanie (2%), Azjaci (2%), rdzenni Amerykanie (0.26%) i inni.

Innowacyjny system edukacji, który nie zadziałał

Szkoła była imienia „wielu problemów”. Broszura reklamowa obiecywała rodzicom, że ich pociechy będą nauczane według specjalnego systemu, który stanie się „wybitnym przykładem postępowej edukacji”. Dla wielu był to jeden z głównych powodów zakupu domu w Celebration (około połowa pierwszych mieszkańców miała dzieci w wieku szkolnym).

W ogromnych klasach zgromadzono setki dzieci w różnym wieku. Niewystarczająca liczba nauczycieli prowadziła w nich równolegle zajęcia. W teorii opracowano indywidualne programy nauczania. Zamiast ocen powstał złożony system, za pomocą którego oceniano wiedzę i umiejętności. Rodzice i dzieci narzekali, że nie sposób się połapać w jego zasadach.

Wkrótce skarżono się, że system edukacyjny po prostu nie działa. - To koszmar, a nie nauka - powiedział były strażak, który po kilku miesiącach w Celebration spakował swoje rzeczy i wyjechał z rodziną. 
- To, co stało się w szkole z moimi dziećmi, to nie postęp, ale regres. Także w zachowaniu dzieci. Przez dwa miesiące nie robiły nic - powiedział lekarz, który ostatecznie przeniósł je do innej szkoły w sąsiednim mieście. - I okazało się, że nikt nie jest za to odpowiedzialny.

Pod koniec pierwszego roku szkolnego odeszła jedna trzecia nauczycieli (wraz z dyrektorem). Niektórzy rodzice próbowali złożyć skargę na Disneya. A kiedy podzielili się niezadowoleniem z dziennikarzami, w mieście - zgodnie z sugestią lokalnej administracji – zaczęto nazywać ich „negatywnie nastawionymi”. Zwolennicy szkoły („pozytywni”) albo potępiali ich, albo po prostu odmawiali z nimi rozmowy. - Zaczęli nas traktować jak wyrzutków - powiedział jeden z krytyków. - Przybierało to dość nieprzyjemne formy. Rozwiązanie problemów w mieście zastąpiono PR-em.

Kiedy kolejne rodziny zdecydowały się opuścić Celebration, firma próbowała wymóc na nich zakaz ujawniania informacji o powodach tej decyzji. - Byłem traktowany jak sowiecki dysydent –wspomina jeden z byłych mieszkańców. – Podpisz tu, to cię puścimy.

Staw śmierci

Wkrótce rozpoczęły się skargi dotyczące stanu domów - w większości spleśniałych ścian, zepsutych balkonów i nieszczelnych dachów. Kontrola przeprowadzona pod koniec lat 90. wykazała, że ​​ponad 70 dachów trzeba wymienić „w celu doprowadzenia domów do podstawowych standardów”. Doszło do kilku procesów sądowych. „Negatywnie nastawieni” mówili, że chociaż Celebration City zostało zaprojektowane przez wybitnych architektów, to zbudowali je nisko wykwalifikowani robotnicy.

W 1998 r. mieszkańcami wstrząsnęła informacja o napadzie na jeden z domów. Gang zamaskowanych włamywaczy związał, zakneblował i okradł pewną rodzinę.

Następnie w listopadzie 2010 r. 58-letni mieszkaniec Matteo Patrick Giovanditto, który mieszkał sam ze swoją suczką chihuahua, został uduszony sznurowadłem i porąbany siekierą. W trakcie śledztwa okazało się, że zabójcą był 30-letni bezdomny David Israel Zenon Murillo.

Zanim skazano go na dożywocie zeznał, że wpadł w szał, gdy Giovanditto (na zdjęciu poniżej) próbował go zgwałcić. Wkrótce byli uczniowie zgłosili się na policję i przyznali, że nauczyciel również ich molestował.

Kilka dni po śmierci Giovanditto niejaki Craig Foushee, również z Celebration, zabarykadował się we własnym domu i przez 14 godzin prowadził stamtąd ogień. Nikt nie został ranny, ale gdy policji udało się wejść do jego domu, zastali go martwego z dziurą w głowie.

Jest jeszcze sprawa „stawu śmierci”. Oczko wodne zaprojektowano tak niefortunnie, że można było przez nieuwagę do niego wjechać samochodem. W ten sposób życie straciło kilka osób – najbardziej znany przypadek to trzech młodzieńców, którzy zaginęli w okolicy. Ich ciała odkryto 9 miesięcy później na dnie stawu.

Kazirodztwo i swingersi

Malcolm Longley, który przeprowadził się do Celebration z Maidenhead, twierdzi, że mają tu miejsce przestępcze i niemoralne praktyki. – Nazywamy to Celebracja Separacja. Wszyscy szczęśliwi Brytyjczycy, którzy tu przyjechali z żonami, wkrótce się rozwiedli. Ja sam nigdy nie spotkałem swingersów, dopóki tu nie przyjechałem.

Firma Disney, który wstępnie planowała powstanie sieci podobnych miast, wyciągnęła wnioski i sprzedała Celebration City w 2004 roku jednej z nowojorskich spółek.

W wyniku zmiany zarządcy niektórzy mieszkańcy poczuli, że "idzie nowe" i stanęli murem za swoim miastem. Rozpoczęła się walka z niesprawiedliwym wizerunkiem.

- Mieszkam w Celebration od dziewięciu lat i jestem tu szczęśliwy. Największym atutem są wspaniali i troskliwi ludzie - mówił jeden z nich. Inny dodał: - Kocham tu żyć. Wielu z nas uważa, że to najlepsze miejsce na ziemi. To w zasadzie wspólnota, a nie miasto. A wspólnoty miewają różne ludzkie sekrety. To normalne.

źródło: [1][2][3][4][5][6][7][8][9]10

0.15973806381226